Most Zbawienia

Most Zbawienia

Zdj. Alicja Kasprzak
 
10 września 1939
 
23 batalion saperów dysponuje tylko dwiema kompaniami – 1 i 2, dowództwem oraz plutonem chemicznym. Zmotoryzowana 3 kompania, oderwała się od macierzystej jednostki i zagrożona okrążeniem posuwając się na Nowy Korczyn, przeprawiła się własnymi środkami w miejscowości Kraśniów przez Wisłę. W późniejszym czasie dołączyła do Warszawskiej Brygady Pancerno Motorowej i dopiero w Zielonem dołączyła do macierzystej jednostki.
 
Brakowało także kolumny saperskiej. Została ona w tyle, a całe jej środki przeprawowe zużyła 22 DP Górskiej. Nie dołączyła ona już do Batalionu.
 
W takim składzie batalion miał wykonać najważniejsze zadanie w swojej historii.
 
Rozważając sprawę przeprawy przez Wisłę wojsk Grupy Operacyjnej generała Sadowskiego mamy dwa mosty. Duży most drogowy, tak zwany operacyjny wykonany od 10 VII do 5 IX 1939 roku. Był to prawdziwy rekord. W 1944 roku saperzy radzieccy w tym samym miejscu budowali taki sam most. Zajęło im to 14 miesięcy!
Kierownikiem budowy mostu operacyjnego był mgr inż. Wojciech Barzykowski. Konstrukcja była mostem półstałym na jarzmach drewnianych, trzypiętrowym, o konstrukcji stalowej. Długość to 1080 metrów bieżących, w tym 10 przęseł żeglownych w świetle 30 metrów. Most budowało 1 inżynier, 3 techników, 600 robotników i 400 kopaczy. Pracowano bez przerwy dniem i nocą.
Zaraz po ukończeniu mostu zrozpaczona ekipa budowlana musiał oglądać jak pluton pionierów przygotowuje ładunki wybuchowe do wysadzenia mostu.
 
Most został przedwcześnie wysadzony. Prawdopodobnie stało się to 9 września przed godziną 9.00 rano. Oddajmy głos mjr Skierczyńskiemu: Przed świtem dojechałem łazikiem od strony Osieka do mostu drogowego. Była lekka mgła. Na moście spotkałem porucznika Marcinka, który złożył mi krótki meldunek: Most drogowy uszkodzony. Bliżej prawego brzegu zniszczony filar. Dwa przęsła zapadnięte. Wyrwa w moście – około 60 metrów. Uszkodzenie poważne. Ruch kołowy niemożliwy. W wyrwie mostu przy pracy saperzy armijni.
 
Następnie major wraz z przybyłym (wspominaliśmy o tym w jednym z porzednich wpisów) gen. Sadowskim i ppłk dypl. Tadeuszem Pawlikiem udali się osobiście zobaczyć uszkodzenia. Wyrwa miała 60 metrów szerokości i w najgłębszym miejscu 10 metrów głębokości. Przęsła zapadły się na kształt litery V. Wyrwa okazał się nie do naprawienia w ciągu jednego dnia. Dowódca saperów zobaczył jednak pozostawione jeszcze po budowie drogowego mostu na wiślanych brzegach galary zapełnione materiałem i narzędziami a przy brzegu prawym wiślane przystanie czyli koszarki i mnóstwo drzewa. W górze rzeki, ok. 150 metrów od mostu znajdowała się piaszczysta wyspa o płaskiej powierzchni. Dzieliła ono koryto rzeki na dwie części. Węższą przy prawym brzegu i szerszą przy lewym.  
Tam postanowiono zbudować nową przeprawę dla kolumn amunicyjnych i artylerii, a wyrwę w moście drogowym przystosować do przeprawiania pieszych i lekkich pojazdów piechoty. Do pomocy 23 batalionowu saperów generał Sadowski pozostawił saperów armijnych z 65 batalionu saperów, 23 baterię plot do osłony budowy oraz pluton pionierów do pomocy. Regulację ruchu miały  zapewnić sztaby Grupy i 23 DP.
Wyrwę w moście drogowym saperzy armijni uporządkowali jeszcze w ciągu nocy. Na jej dnie utworzono chodnik z kilku warstw bali i desek zbitych klamrami. Po bokach z żerdzi zbudowano poręcze. Ruch odbywał się w pojedynkę, a rano saperzy mieli dostosować ją do przeprawiania także biedek.
 
W górze rzeki miał powstać kombinowany most polowy. Od lewego brzegu rzeki do piaszczystej wyspy miał powstać most na galarach. Przez wyspę kładka z bali i desek, a od wyspy do lewego brzegu most na koszarkach. Galarów okazało się być za mało więc dowódca zdecydował by dać je nietypowo na przemian, jeden w poprzek i jeden wzdłuż osi mostu.  
 
Saperzy nowo budowany most nazywali „mostem zbawienia” – miał w końcu ocalić całą śląską grupę. Świtało gdy rozpoczął się wyścig z czasem...
 
Nad Wisłą słychać było tylko: Ty pieronie, bierz ta belka! Chłopie trzym się, pośpieszaj, słyszysz ten bój? Chyć ta lina, zaprzyj się i ciung!
 
Od razu przystąpiono do podziału pracy. Za całość odpowiadało dowództwo 23 batalionu saperów. Prace podzielono następująco:
 
Odcinek mostu na galarach, dojazd do mostu na lewym brzegu i jezdnię przez wyspę wykona 23 batalion saperów
Odcinek na przystaniach wiślanych (koszarkach) oraz dojazd na prawym brzegu saperzy z 65 batalionu saperów z Armii „Kraków” dowodzeni przez kapitana Tadeusza Grzmielewskiego.
 
Saperzy górnośląscy mieli wybudować dłuższy odcinek na galarach. Koryto rzeki w miejscu budowy wynosiło 140 metrów, głębokość 06-3,4 metra a szybkość prądu ok. 0,4 m/s. Niestety po przeanalizowaniu wszystkiego pro. Marcinek, zameldował, że płaskodennych galarów jest za mało. Saperzy zdecydowali więc, z uwagi na dużą nośność galarów i słaby prąd że za dwa galary ustawione normalnie, przypadnie jeden w poprzek, w linii osi mostu, ale dobrze zakotwiczony.
Od godz. 7.30 rozpoczęły się prace z obu brzegów. Saperzy 1 kompani zaczęli przygotowywać materiał oraz wydzielili jedną wzmocnioną drużynę do zakończenia prac przy wyrwie mostu drogowego, aby zluzować kolegów z Tarnobrzegu. Po pół godzinie por Siwiński przyprowadził w rejon budowy 2 kompanię z całym jej sprzętem technicznym i plutonem technicznym. Można było zaczynać. Dochodziła godz. 9.00 rano gdy saperzy zabrali się ostro do pracy. Most miał być gotowy do godz. 17.00!
 
– Wierzyłem mocno w żołnierzy – Ślażaków, zawsze w potrzebie ofiarnych, solidarnych, w trudnych sytuacjach zdolnych do największych poświęceń i wysiłków, a szczególnie zawziętych i upartych w walce z odwiecznym wrogiem – zapisał major Skierczyński.
 
Jednocześnie przygotowano do zniszczenia most drogowy minując go siłami drużyny minerskiej z 1 kompani. W tym samym czasie kładka w wyrwie w moście została poszerzona, dodano szczeble oporowe, a wejście w górę ubezpieczono poręczami z lin. Saperzy stale pomagali w przeprawie i już od godz. 13.00 oddziały 75 pp z Chorzowa płynęły nieustannym strumieniem na drugi brzeg wraz z biedkami i kuchniami polowymi.
 
Wróćmy do naszego niezwykłego mostu.
Drużyna mostowa z 23 baonu saperów składała się z 12 oficerów, 280 podoficerów i saperów i 100 szeregowych z plutonu pionierów i kompani łączności 23 DP do prac pomocniczych.
Druga drużyna mostowa 65 baonu saperów liczyła 5 oficerów i 150 podoficerów i saperów.
Ok. godz. 15.00 ochotniczo do pomocy zgłosiło się też 20 policjantów z oficerem z Województwa Śląskiego.  Pracowali do samego końca a w czasie przeprawy zabezpieczali jezdnie i kierowali ruchem na wyspie.
 
Nieopodal budowy zamaskowane szczerzyły groźnie lufy w niebo czterdziestki i karabiny maszynowe z 23 bateiri plot kpt. Ferdynanda Blechingera. – Możecie spokojnie pracować, jesteśmy ustawieni i godnie ptaszków przywitamy – powiedział dowódca.
Ich ogień wielokrotnie w ciągu dnia odpędzał niemieckie samoloty, tak skutecznie, że saperzy ani na chwilę nie musieli przerywać pracy.
 
Do warkotu pił mechanicznych, skrzypienia lin i stuków młotów, od strony Osieka dochodziła gwałtowana strzelanina broni maszynowej i artylerii. To forteczni strzelcy i żołnierze Obrony Narodowej z 55 DP walczyli o czas dla saperów.
 
Na budowie mostu jedyna kuchnia polowa 1 kompanii przygotowywała kawę dla wszystkich. Nikogo nie trzeba było zachęcać do pracy. Saperzy pracowali jak szaleni. Nad Wisła słychać było tylko: Ty pieronie, bierz ta belka! Chłopie trzym się, pośpieszaj, słyszysz ten bój? Chyć ta lina, zaprzyj się i ciung! Belkę którą na ćwiczeniach nosiło czterech ludzi tu wystarczyło dwóch.
Pionierzy pod kierunkiem sapera wykonali juz dojazdy do mostu. Był taki upał, że żołnierze pracowali w samych koszulach. Zaraz po południu saperzy armijni uporali się ze swoim odcinkiem i szybko przygotowali jezdnię.. Nie trzeba było żadnych dodatkowych rozkazów. Robota szła bez problemu. O 14.00 saperzy z 65 baonu zakończyli pracę i wrócili do Tarnobrzegu.
 
Most drogowy był zaminowany, a detonator trzymał kapral Sochacki. Gdyby obrona przedmościa pękła, miał na rozkaz dowódcy wysadzić most... Tam z karabinem w ręku, a tu z narzędziami ważyły się losy całego zgrupowania. 
 
Wreszcie ok. 17.00 lewy brzeg rzeki został połączony z wyspą. W pośpiechu zakładano krawężniki, poręcze, kotwiczono wjazdy. O zachodzie słońca na brzegu pojawiły się długie kolumny artylerii. Nadeszła chwila największej próby. Czy most wytrzyma. Był w końcu budowany w takim pośpiechu. Płk Kijowski, dowódca artylerii, na prośbę majora Skierczyńskiego aby pierwsze działo przeprawić ostrożnie, konie trzymając w rękach i zgodnie z zasadami przeprawy, nic nie odpowiedział. Do wjazdu podjechał zaprzęg 155 mm haubicy. Nagle pułkownik dał znak i działon runął w pełnym galopie na most. Saperzy w przerażeniu zaczęli krzyczeć, a ukończona z takim trudem przeprawa gwałtownie zanurzyła się pod wodę, ale nie puściła. – Cóż to był za piękny, a jednocześnie skandaliczny wyczyn – zapisał jeden z oficerów saperów. Most mógł w jednej chwili runąć do wody a odważni artylerzyści potopić się razem z działem. Noc dodawała grozy szaleńczemu biegowi całego działonu. Za nimi głucho dudniła haubica. Już po chwili wtoczyła się na drugi brzeg. Po chwili wśród saperów wybuchły okrzyki radości. Most wytrzymał szaloną galopadę, a nienormalnie ustawione galary wytrzymały bez problemów.
 
Po tym wyczynie rozpoczęła się normalna przeprawa artylerii. Wpuszczano tylko działa, tabor bojowy i kolumny amunicyjne. Reszta wozów zostawał na brzegu. Selekcję prowadzili dawni forteczni żołnierze majora Józefa Ćwiąkalskiego, przekształconego na III batalion 11 pp. To oni zabezpieczali bezpośredni przyczółek mostu. Przeprawa trwała całą noc. Dowódcą z ramienia saperów został por. Henryk Jarosz. Wraz z dwoma plutonami z 2 kompani i patrolem minerskim kaprala Sochackiego pilnowali mostów, a po skończeniu przeprawy mieli spławić most polowy i wysadzić do reszty drogowy.    
 
„Panie majorze, jest pan bohaterem dnia. Śląska Grupa Operacyjna została uratowana. Artyleria grupy jest już na prawym brzegu. Kolumny amunicyjne są w trakcie przeprawiania. Dziękuję panu i pańskim saperom”  - powiedział gen. Sadowski umęczonemu dowódcy saperów. Wyczynu śląskim saperom gratulowali wszyscy mijający ich dowódcy pułków i batalionów.
 
Ok. godz. 5.00 12 września przez most przeszła straż tylna 11 pp. Razem z nią jako ostatni przechodził płk dypl. Henryk Gorgoń, dowódca pułku. Pułkownik podpisał porucznikowi Jaroszowi rozkaz zniszczenia mostów. W rejonie przeprawy zaczęły padać pierwsze niemieckie pociski. Po odkotwiczeniu galarów, ten odcinek mosty szybko spłynął z nurtem Wisły. Umęczeni saperzy zostali odesłani do Międzywodzia, a porucznik czekał na detonację podpory mostu drogowego, która nie następowała. Dochodziła godz. 6.30. W tym samym czasie swoim łazikiem do mosty dojechał major Skierczyński zaniepokojony nieobecnością saperów i brakiem informacji o zniszczeniu mostu. Dokoła zaczęły sypać się pociski z niemieckich karabinów maszynowych i broni ręcznej, a na brzegu widać było tyraliery niemieckich piechurów, kryjących się za gąszczem pozostawionych wozów taborowych...
 
Łazik w maskujących barwach z impetem wjechał za wał przeciwpowodziowy. Saper Duda jechał na cały gaz. Po drodze biły niemieckie pociski. Major Skierczyński wskoczył na most drogowy, gdzie pochylony biegł porucznik Jarosz. Zameldował, że odcinek na galarach został zniszczony ale podpora mostu drogowego wciąż jest nie wysadzona. Nagle powietrzem wstrząsnęła eksplozja, a w górę poleciały fragmenty desek wpadając z pluskiem w wody Wisły. Po chwili nadbiegł zdyszany kapral Sochacki – Niemcy zaczęli strzelać z karabinów maszynowych, patrole zbliżały się do brzegu. Nie mogłem zapalić lontu prochowego, więc odpaliłem węzeł lontu granatem, który miałem przy sobie – zameldował bohaterski saper. (Za ten czyn kapral został odznaczony orderem Virtuti Militari 5 klasy.)
 
Była godzina 6.30, ale wciąż istniał jeszcze most na koszarkach. Nie można go było oddać wrogowi. Niestety poza 5 ludźmi z dowódcą nie było w rejonie ani jednego żołnierza. Trzeba był zwolnić liny kotwiczne, a prąd Wisły zrobi resztę. Po dotarciu do mostu saperzy odkryli ok. 30 maruderów z różnych oddziałów, którzy bez broni czekali na Niemców, aby się poddać. Aby dać im szansę na rehabilitację za takie zachowanie, saperzy utworzyli z nich grupę roboczą. Pracowali ofiarnie. Później maruderzy zostali odprowadzeni przez plutonowego Dylonga do 73 pp. Jak dalej walczyli, niestety nie wiem.
 
Po pół godzinie ostatni fragment mostu zbawienia został zniszczony.
 
Za swój niezwykły wyczyn cały 23 batalion został odznaczony 11 listopada 1966 roku Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, jako jedyny spośród wszystkich walczących na wojnie batalionów saperów.
Indywidualnie Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Zostali odznaczeni: Mieczysław Śliwczyński, zastępca dowódcy batalionu, Józef Marcinek, dowódca 1 kompanii, Włodzimierz Siwiński dowódca 2 kompanii, Zygmunt Dembiński dowódca 3 kompani zmot., Henryk Jarosz adiutant, Jan Sochacki dowódca drużyny minerskiej. Na wniosek gen. Sadowskiego odznaczony został także Marian Skierczyński, dowódca batalionu.
 
Adam Śliwa
(c) Fundacja im. Grupy Operacyjnej "Śląsk" 1939, 2018 All Rights Reserved
Liczba odwiedzin: 106622